Kiedyś narysowałem krótki, kilkuobrazkowy komiks. Opowiadał o tym, jak to wybrałem się na wycieczkę do Świdnicy. Przedzierałem się przez chaszcze, brodziłem w błocie, deszcz mnie smagał, mróz mroził do szpiku kości. A mogłem głupi pojechać autobusem. Kiedy wymyśliłem nocne fotografowanie Książa, ten komiks powinien być moim memento.. ale nie.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazywały, że to nie jest dobry pomysł. Najpierw, na parkingu, wielka butla wyrobu szampanopodobnego, czyli Maskowskoje Igristoje, eksplodowała nam pod nogami. To wytworny gentelman, na lekkim autopilocie, z bukietem półzdechłych chabazi w garsci i foliówką z trzema TYSKIMI w puszkach, stracił mocny argument w zbliżającej się szybkimi krokami, niewątpliwie niezbyt przyjemnej, rozmowie z ukochaną.
Nie zrażeni znakami i sygnałami podsyłanymi przez opatrzność szliśmy dalej, niezachwiani w postanowieniach. Miła jeszcze kilka tygodni temu drga do Starego Książa zamieniona została w wielki, wypełniony błotem, plac budowy. Ślisko było i syfiasto. Krótka chwila nieuwagi, szybki balans ciałem – gleby (czy raczej błocka) nie zaliczyłem, ale statyw walnął o kamień i szlag trafił głowicę. wwrrrrrr!
Reszta drogi upłynęła bez większych dramatów. Kiedy dotarliśmy do miejsca, z którego chcieliśmy fotografować, Pierwszą rzczą jaką zobaczyliśmy, była locha z małymi warchlakami. Zanim więc rozstawilismy się z jedymym pozostałym przy życiu statywem Daniela, wybraliśmy sobie na wszelki wypadek dwa miłe drzewka, na które możnaby się wspiąć, jeśliby losze wpadło do głowy zawrzeć z nami bliższą znajomość.
Na koniec okazało się, że pomimo świąt i wielu gości w hotelu zamkowym, Książ pozostał nieoświetolny. Czas mijał, zamek zamieniał się w ponurą, ciemną bryłę. Postaliśmy, pstryknęliśmy pro forma po jednej fotce i ubłoceniu po kolana wróciliśmy do domu.