NIech ta opowieść będzie ostrzeżeniem dla wszystkich, którzy mają ją za nic, którzy myślą, że można się z nią zetknąć i nie przypłacić tego bólem.
Było bardzo gorąco. U krańca dusznego, parnego dnia niebo zasnuło się dywanem cienkich, szarych chmur. Najmniejszy nawet podmuch nie owiewał spoconych karków i twarzy. Nieruchome powietrze oblepiłoło amfiteatralne wzgórze lepkim jak smalec powietrzem o zapachu świeżo skoszonej trawy, spalenizny grillowej i wypacanego przez wszystkie pory skóry piwa.
Myślałem, że się od niej uwolniłem. Definitywnie. Nie chciałem mieć z nią nic wspólnego. Po ostatnich wydarzeniach w Poznaniu wiedziałem, że zwyczajne odganianie się nie przyniesie żadnego rezultatu. Próbowałem się przed nią bronić w sposób zdecydowany, jednoznaczny.
Widziałem ją. Krążyła w koło mnie jakiś czas. Byłem zbyt zadufany w sobie, żeby uciekać i kiedy pierszy raz dotknęła mojego ramienia udawałem, że tego nie dostrzegam. Nic się stało. A więc udało się. Grunt, to nie zwracać uwagi.
Zaatakowała nagle. Wykorzystała fakt, że przez chwilę, poza Nohawicą, świat dla mnie przestał istnieć. Zbliżyła się, cicho siadła na kolanach… na udzie. Bezszelestnie i prawie niezauważalnie przeniosła swoje zainteresowanie w górę, w stronę uda.
Najpierw w ruch poszła żuwaczka i szczęki. Rozszarpała naczynia krwionośne skóry, następnie przekształconą dolną wargą zlizywała krew, a ślina z zawartością toksyn zapobiegała jej krzepnięciu.
Dziś, dwa dni później, siedzę w domu, a na nogach mam otwarte, podchodzące ropą rany. Meszka, z rodziny Simullidae, zwana też bolimuszką, ma od 1 do 3 mm długości. Ale potrafi człowiekowi napsuć krwi.
Taka była piątkowa noc w Borowicach, gdzie Ziutka pierwszy raz była ze mną na nocnym koncercie, Jaromir Nohavica zaskoczył wszystkich swoją obecnością, a Sielanka o domu niosła się echem po karkonoskich wzgórzach.

Kdybych se narodil před sto lety
v tomhle městě
u Larischů na zahradě trhal bych květy
své nevěstě
Moje nevěsta by byla dcera ševcova
z domu Kamińskich odněkud ze Lvova
kochał bym ją i pieśćił
chyba lat dwieśćie
Na Sachsenbergu mieszkalibysmy
u Żyda Cohena..
Ja i mój piękny klejnot cieszyński
- ma narzeczona.
Mówiłaby po polsku, po czesku, trochę gwarą
i ciut po niemiecku.
Bo raz na sto lat cud się zdarza…
Jestem pewien, że gdzieś na Sachsenbergu jest “Gospoda pod Zielonym Groszkiem”, w której narodowość, miasta i granice nie mają żadnego znaczenia.
