Archiwum kategorii 'Koncerty'

09
paź
09

Vysehrad Blues Band

Nooo – zrobiło się jak za starych, dobrych, nocno-jazzowo-świdnickich czasów… Bardzo przyjemne, bluesowe granie bez zobowiązań i napinania się. Warto było przyjechać. Na scenie byli jeszcze Leszek Cichoński, Janos Solti z LocomotivGT i Zbyszek Jakubek – pałkarza pierwszego w ogóle nie było zza garów widać, Jakubek  siedział przy klawiszach zakopany w cieniu po uszy a Cichoński… no niby mam go.. ale jakaś nijaka taka ta fotka jest… Dziś w Aproposie Jan “Ptaszyn” Wróblewski, a ja na parapetówkę ide… kuuutfa….!

Odrej Konrad

Egon Poka - w obawie przed koniecznością zagrania kolejnych bisów wespół zespoół z Cichońskim dokonali publicznego obdarcia gitar ze strun…

05
wrz
09

zakopower czyli dni wałbrzycha

Zakopower umknął mojej uwadze… znaczy nie tak, żebym nie wiedział cóż zacz. Ot – nie poświęcałem mu jakoś zbytniej uwagi. Traktowałem tę kapele trochę jak kolejny odłam pseudo góralskiej pop kultury, “Golcizny”, jeśli można tak rzec. Ot takie krupówkowe granie pod “warszawkę”. Zdecydopwanie wolałem Trybunie Tutki czy DePress.

Pierwszy raz na dłużej skupiłem na nich uwagę w zeszłym roku, przy okazji festiwalu opolskiego, a raczej wielkiej obsuwy TVP na tym festiwalu. Nie tyle ich muzyka mnie zainteresowała, co zachowanie Sebastiana Kapiela-Bułecki, który z wdziękiem godnym góralom, w sposób niezbyt nawet zawoalowany, powiedział organizatorom tej farsy, żeby go pocałowali w dupę. Jeśli nie pamiętacie o co poszło – tu możecie poczytać.

Zakopower w jakiś sposób skumał się z Pospieszalskimi. Nie to, żeby mnie to zdziwiło – Pospieszalscy wydają się być w każdym niemal rozsądnym projekcie muzycznym w tym kraju, co biorąc pod uwagę mnogość rodziny P. zupełnie nie powinno dziwić. A że skumanie z Pospieszalskimi prędzej czy później skutkuje bardzo rzetelnym graniem – powstała Salomanga. Salomanga jest genialna, ale Omniris Casuso Toledo, która robi tam chórki,  kładzie mnie na łopatki. Do tego Mateo na saksofonie.. ech.

Koncert Zakopowera miał być jedną z niewątpliwych atrakcji rozpoczętych wczoraj Dni Wałbrzycha. Choć nazwa “Dni Wałbrzycha” od kilku lat co raz bardziej wydaje mi się być przesadzoną. Bo jakie to dni Wałbrzycha, kiedy publiczność skłąda się w zdecydowanej większości z pijanych (nie podchmielonych, nie wypitych i nie “po piwie”! – tylko PIJANYCH, zataczających się i rzygających sobie pod nogi) nastolatek oraz kryjącej się po kątach, zbierającej się w grupach po 5, policji. W pewnym momencie miałem wrażenie, że jestem na długiej przerwie na boisku gimnazjalnym.

Koncert atrakcją miał być. Może i był – w końcu jaki target – takie granie. Zespół przyjechał w składzie okrojonym, chłopaki grali jakoś tak…. jakby byli po 12 godzinach jazdy z drugiego końca Polski… i pewnie byli. Nie było Kubanki, nie było Pospieszalskich. Było… zwyczajnie. Festynowo. Ot takie granie do kotleta… czy raczej do kiełbasy z grilla.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów Dni Wałbrzycha nie otwierał, błyskając białym zębem spod czernionego wąsa, prezydent miasta. Czyżby bał się spojrzeć w oczy ludziom, którym zaserwował w środku miasta, 100 m od kuchni, pokoików dziecięcych i sypialni – składowisko azbestu i odpadów niebezpiecznych…?  Zamiast niego impreze otwierał Artur Wylandowski – następny as wałbrzyskiego magistratu – autor konkursu na maskotkę miasta skierowanego do… młodzieży szkół podstawowych i gimnazjów… – nie wierzycie?? – to przeczytajcie.. W jakim mieście ja zyję????

17
lip
09

Jaromir Nohavica, gorąca, wręcz upojna noc – i ona

NIech ta opowieść będzie ostrzeżeniem dla wszystkich, którzy mają ją za nic, którzy myślą, że można się z nią zetknąć i nie przypłacić tego bólem.

Było bardzo gorąco. U krańca dusznego, parnego dnia niebo zasnuło się dywanem cienkich, szarych chmur. Najmniejszy nawet podmuch nie owiewał spoconych karków i twarzy. Nieruchome powietrze oblepiłoło amfiteatralne wzgórze lepkim jak smalec powietrzem o zapachu świeżo skoszonej trawy, spalenizny grillowej i wypacanego przez wszystkie pory skóry piwa.

Myślałem, że się od niej uwolniłem. Definitywnie. Nie chciałem mieć z nią nic wspólnego. Po ostatnich wydarzeniach w Poznaniu wiedziałem, że zwyczajne odganianie się nie przyniesie żadnego rezultatu. Próbowałem się przed nią bronić w sposób zdecydowany, jednoznaczny.

Widziałem ją. Krążyła w koło mnie jakiś czas. Byłem zbyt zadufany w sobie, żeby uciekać i kiedy pierszy raz dotknęła mojego ramienia udawałem, że tego nie dostrzegam. Nic się stało. A więc udało się. Grunt, to nie zwracać uwagi.

Zaatakowała nagle. Wykorzystała fakt, że przez chwilę, poza Nohawicą, świat dla mnie przestał istnieć. Zbliżyła się, cicho siadła na kolanach… na udzie. Bezszelestnie i prawie niezauważalnie przeniosła swoje zainteresowanie w górę, w stronę uda.

Najpierw w ruch poszła żuwaczka i szczęki. Rozszarpała naczynia krwionośne skóry, następnie przekształconą dolną wargą zlizywała krew, a ślina z zawartością toksyn zapobiegała jej krzepnięciu.

Dziś, dwa dni później, siedzę w domu, a na nogach mam otwarte, podchodzące ropą rany. Meszka, z rodziny Simullidae, zwana też bolimuszką, ma od 1 do 3 mm długości. Ale potrafi człowiekowi napsuć krwi.

Taka była piątkowa noc w Borowicach, gdzie Ziutka pierwszy raz była ze mną na nocnym koncercie, Jaromir Nohavica zaskoczył wszystkich swoją obecnością, a Sielanka o domu niosła się echem po karkonoskich wzgórzach.

 

Kdybych se narodil před sto lety
v tomhle městě
u Larischů na zahradě trhal bych květy
své nevěstě
Moje nevěsta by byla dcera ševcova
z domu Kamińskich odněkud ze Lvova
kochał bym ją i pieśćił
chyba lat dwieśćie

Na Sachsenbergu mieszkalibysmy
u Żyda Cohena..
Ja i mój piękny klejnot cieszyński
- ma narzeczona.
Mówiłaby po polsku, po czesku, trochę gwarą
i ciut po niemiecku.
Bo raz na sto lat cud się zdarza…

Jestem pewien, że gdzieś na Sachsenbergu jest “Gospoda pod Zielonym Groszkiem”, w której narodowość, miasta i granice nie mają żadnego znaczenia.

 

15
cze
09

La dolce NRD

Janusz Radek, Marek Frąckowiak – Każdy, kto będzie miał okazję zobaczyć spektakl La dolce NRD na pewno nie będzie się nudził. Kurcze – szkoda, że spektakl wystawiany jest bardzo sporadycznie – Janusz o wiele lepiej odnajduje się w takim właśnie repertuarze, niż w rozdziamganych recitalach dla bab.. :)

 

„La Dolce NRD” to opowiedziana piosenkami historia zaginionego statku kosmicznego „Alfa”, wysłanego przed 20 laty przez NRD z misją szerzenia idei socjalizmu w kosmosie. Przedziwny Enerdolot – będący skrzyżowaniem obiektu latającego ze sceną z teatru rewiowego – na skutek błędów technicznych krążył po orbicie i w roku 2006 ląduje ponownie na ziemi. Załoga nie wie, gdzie trafiła, ani co zmieniło się przez wszystkie lata jej podróży, w związku z tym niezłomnie i z wiarą kontynuuje swoją misję.
W „La Dolce NRD” realizatorzy stworzyli pełne humoru, niezwykłych popisów wokalnych i instrumentalnych widowisko. Program zbudowany jest z piosenek z repertuaru zespołów pop, disco i rock z NRD (z repertuaru Niny Hagen, Kati Kovacs, Sonji Schmidt, Dirka Michaelisa, zespołów: Phudys, Berluc, Pankow, Karat) oraz zaangażowanych pieśni FDJ.

Przy okazji tego wydarzenia miałem wątpliwą przyjemność znaleźć się w okolicach krakowskiego Kazimierza. I powiem tak: Takiego syfu, brudu, zasikanych, obskurnych kamienic, ulic pełnych pijanych, nieletnich angoli, knajp, których jedynem atutem jest położenie geograficzne – już dawno nie widzialem. Apel do prezydenta Wałbrzycha, Piotra K. – kopnij się Pan, panie Prezydencie, do Krakowa na Kazimierz, idź do dwóch, trzech knajp. Dostaniesz Pan sałatkę na wpół zimną, piwo mętne a dla towarzystwa nieletnich angoli. Zobaczysz Pan, jak bez rewitalizacji ozywić wałbrzyskie śródmieście. A potem już tylko reklamować na Wyspach. Sukces murowany.

Kraków to stan świadomości. Galicja jaką była – taką pozostała. Tylko w synagogach jakoś więcej turystów, niż dzieci Izraela.

10
maj
09

Janusz Radek vol.4

21
kwi
09

Siggy Davis

Kilka dni temu, wieczorem, padło pytanie – “Co my tu, ku….a, robimy, kiedy cała “bohema” wałbrzyska bawi sie na koncercie TSA?” Okoliczności, w jakich mi je zadano, były mocno wieśniackie, bo karaokowe, więc i pytanie jakby na miejscu. No i co niby robiłem? Bawiłem się. Wieśniacko?.. Może i tak. TSA widziałem 15 lat temu, 10 lat temu, 5 lat temu, 3 lata temu, rok temu i 4 miesiące temu. Żeby się nachlać, słuchając podstarzałych rockmanów, grających od lat to samo, nie musze płacić 4 dych za wjazd do plugawej knajpy na koncert, który, można powiedzieć, znam na pamięć na starcie. Mam swoje lata i mogę się bez żalu zewsić.

Co robiła dziś cała wałbrzyska “bohema”, kiedy w Szczawnie Siggy Davis wyrywała ludzi z krzeseł? Rokendrolowcy pierdzieli w stołki, wysłuchując jęczeń żon, zmywając naczynia albo odwalając w domu to, czego nie zdążyli zrobić w pracy. A Siggy zaśpiawała tak, że zjeżyły mi się włosy na karku. Gdybym nie siedział, to klęknąłbym. Była porywająca, była energetyczna. Tribute to women of jazz… Tribute to Billy Hollyday, Ella Fitzgerald, Aretta Frenklin… she wore black, and was black – jazz is black.. and black is jazz.

03
kwi
09

Frank Parker jr project – JAZZ INSIDE

Koncert był bardzo. Bardzo pod każdym względem. Bardzo czarno-biały, jak czarna bluzka Kasi Mirowskiej odsłaniająca alabastrowe ramiona, czarny jak Frank Parker, biały jak nastrojowa kołysanka Wojciecha Klilara, którą Kasia zaśpiewała tak, że mi włosy na karku stanęły dęba… To jeden z tych koncertów, które zakrzywiają czas przestrzeń pozostawiając nienaruszoną… i mrugnąwszy jedynie okiem zdajesz sobie sprawę, że nagle nadszedł koniec…

 

27
mar
09

Marshall Allen i Sun Ra Arkestra czyli faceci w ceratach

Marshall Allen  ma 85 lat. Od ponad 50 lat gra z orkiestrą. Wehikuł czasu o nazwie Sun Ra Arkestra zabrał mnie do dusznych spelunek San Francisco lat 50., do zadymionych pubów i klubów Nowego Jorku… zapachniało niskooktanową benzyną buicków parkujących na podjazdach tanich domów na przedmieściach. Żywiołowa, porywająca muzyka, której pierwsze nuty z pewnością tkwią w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia… Jednym słowem – dziadkowie w ceratach zdarli ludziom kapcie z nóg.

26
mar
09

Ray Wilson – voice of genesis

Chciałbym się do czegoś dopier…. Tak tradycyjnie, dla zasady. Ale nie ma do czego. Koncert był świetny. Akustyczny. Nastrojowo rozkołysał, żeby w drugiej części porywać i oszołomić.  I choć na sali było ponad dwieście osób – można powiedzieć – kameralny. Szkoda tylko, że jak zwykle nie w Wałbrzychu. Szkoda,  że w tym smutnm jak pizda mieście Pierwszy Sekretarz Komitetu Centralnego Wałbrzyskiego Ośrodka Kultury dumny jest z tego, że bywa…  chociaż nikt nie wie gdzie. Dumny jest nawet z tego, że się notorycznie spóźnia…  (czytaj tekst) Nie zauważa tego, że mało kto jest dumny z niego.

A sam Ray Wilson? Ech… Nie da się opisać. Trzeba posłuchać. Naprawdę warto.

05
paź
08

Tomasz Góra




Statystyki

  • 74,438 odwiedzin