Sobotni wieczór spędziliśmy na stoku Lodowiec w Karpaczu słuchając artystów zaproszonych do kolejnej edycji imprezy “Gitarą i piórem”. Gwoździem programu był recital Mirosława Czyżykiewicza. Któż zacz Czyżykiewicz wiem od lat pacholęcych, z drżącymi więc rękoma przeczekałem artystę poetycko teatralnych scen poznańskich, Grzegorza Tomczaka, który z wdziękiem godnym poznańskiego “pyra” uraczył widzów tekstem “Jestem tu pierwszy raz i chyba ostatni”. Szczęście miał ów, że Dolny Śląsk to nie pyrlandia, bo wyłapałby grillowanym ziemniakiem prosto w paszczękę. Po tym barwnym incydencie, jedynym żywszym akcencie tego wieczora słońce zaszło zniesmaczone i pod sufitem gwiazd przyszedł czas na Leszka Wójtowicza, który tradycyjnie uśpił wszystkich monotonnymi, jednakimi w każdym utworze, smutkiem i nostalgią.
I wreszcie wyszedł ON!
Dziś od rana z zainteresowaniem śledzę lokalne, jeleniogórsko-karpackie dzienniki internetowe, spodziewam się bowiem znaleźć tam wzmianki o fali samobójstw, jaka pokoncertowej nocy i następnego ranka MUSIAŁA przetoczyć się po Karkonoszach i okolicach. Usłyszeliśmy historie niespełnionych miłości, zdrad, z rozdartych dusz lawiną wylewały się ból i cierpienie, a piękno świata przygniecione zostało ciężkim głazem trudu istnienia i platonicznych, nieodwzajemnionych miłości. Czyżykiewicz, zdecydowanie bardziej ekspresyjny i żywiołowy od dwóch poprzedzających go artystów razem wziętych, swoim anturażem scenicznym, fizis i ekspresją wyrazu, do czynów tyle śmiałych, co samobójczych, pchnąć mógł najszczęśliwszego z widzów (w rankingu szczęścia i radości brylowali właściciele rozstawionego u stóp stoku ogródka grillowego, którzy kiełbasę, sztuk jednen, o długości nie przekraczającej 10 cm sprzedawali za 12 zeta…). A że jak wiadomo głód częstokroć bywa katalizatorem zdarzeń tragicznych – pewnym jest, że niejeden z oglądających recital Czyżykiewicza na karpackim stoku widzów sięgnął był po najbliższy pod ręką przedmiot mogący skutecznie odciąć mu dopływ powietrza do płuc.
Podsumowując króciutko trzeba przyznać, że z grupą swoich muzyków, których nie do końca potrafił przedstawić, pokazał Czyżykiewicz spektakl barwny, wciągający, nie pozostawiający złudzeń co do klasy artysty. Polecam dla ludzi o silnie rozwiniętej chęci życia.
