Przez chwilę zapomniawszy o moim uczuleniu na wszelkiego rodzaju trawy i zboża wpadłem na “genialny” pomysł zabrania Daniela i Pauli w okoliczne łany pszenicy. Krótka, półgodzinna sesja zakończyła się kilkoma przyzwoitymi klatkami i nogami swędzącymi przez następne 3 dni..
Na szczęście kilkanaście minut później zażyłem fantastycznego antyalergena, w smaku do złudzenia przypominającego doskonałe, półwytrawne, francuskie wino (z gatunku tych droższych niż za 7,50), w którego szczęśliwym posiadaniu znaleźli się zupełnie przypadkiem “młodzi”…




























































